Kiedy czytamy recenzje gier wideo, bardzo często trafić
możemy na teksty o „epickich walkach z bossami” tudzież ogromnej różnorodności
ich samych. Dla wielu graczy olbrzymie, wymyślne lub makabrycznie obleśne bydlę
czyhające na nich na końcu danego etapu lub całej gry to ogromny plus. Nie dla
mnie. Ja ich po prostu nienawidzę.
Bossowie w grach wideo są praktycznie od zawsze. Trudno się dziwić, skoro i w innych tekstach kultury występują. Czym innym jest film sensacyjny, w którym komandos przebija się przez rzesze wrogów, by na końcu załatwić ich szefa? Zresztą nie jest to tylko domena sensacji, bowiem samo przebycie przez bohatera od punktu A do punktu B (nawet metaforycznej) drogi, podczas której dokonuje się jego wewnętrzna przemiana, to absolutne minimum każdej fabuły. Nie ważne zresztą, czy na końcu czeka nas bijatyka fizyczna, czy przemiana wewnętrzna - jakiś boss jest zawsze.
Bossowie w grach wideo są praktycznie od zawsze. Trudno się dziwić, skoro i w innych tekstach kultury występują. Czym innym jest film sensacyjny, w którym komandos przebija się przez rzesze wrogów, by na końcu załatwić ich szefa? Zresztą nie jest to tylko domena sensacji, bowiem samo przebycie przez bohatera od punktu A do punktu B (nawet metaforycznej) drogi, podczas której dokonuje się jego wewnętrzna przemiana, to absolutne minimum każdej fabuły. Nie ważne zresztą, czy na końcu czeka nas bijatyka fizyczna, czy przemiana wewnętrzna - jakiś boss jest zawsze.
W grach wideo pierwszy boss pojawił się w 1975 roku, a więc
gdy zostałem graczem, mogłem się z nimi spotkać praktycznie w większości gier
na Commodore 16 i Commodore 64. Pamiętam jednak, że ich charakter (jeśli już
występowali) był nieco inny, niż tych, którzy pojawili się w grach później.
Dlaczego tak bardzo nie lubię bossów? Proszę sobie wyobrazić
jakąkolwiek grę, niech to będzie strzelanina FPP. Mamy do wyboru kilka
karabinów i wyrzutni rakiet, za pomocą których przebijamy się przez kolejne
poziomy. Kosimy wrogów aż miło. Na koniec zaś przychodzi nam się zmierzyć z
samym szefem. I nagle okazuje się, że wielkie bydle, które na nas wybiega,
wcale nie reaguje na wystrzeliwane w jego kierunku pociski. Nie – na zabicie
bossa musi być inny sposób. Nagle, pod sam koniec gry, która do tej pory była
strzelaniną, gracz musi wysilić mózgownicę i odkryć słaby punkt. U jednego
będzie to odsłaniające się raz na cztery minuty podbrzusze, w które należy
strzelać i tylko wtedy można mu zadać obrażenia. Taką operację trzeba powtórzyć
szesnaście razy, a do tej pory unikać wrogiego ostrzału. U innych będzie można
w ogóle zapomnieć o strzelaniu, za to należy bydlaka zwabić w jedno określone
miejsce, wcześniej przeskakując przez cztery obręcze, by boss został trafiony
piorunem. Wszystko to trwa oczywiście pół godziny, a jak ci się nie powiedzie –
zaczynaj od nowa.
Nie wiem, skąd przekonanie, że tak musi być. Dla mnie
ideałem jest ostatni boss, którego tak samo, jak innych przeciwników, można po
prostu zastrzelić. Niech będzie w stanie przyjąć na klatę tonę ołowiu nim
padnie, ale niech nie będzie miał żadnych wrażliwych miejsc i temu podobnych
bzdur, które zawsze mnie tak frustrowały.
Inna sprawa to fakt, że walki z bossami są zwyczajnie
nużące. Należy się nauczyć ich schematów ataków i pamiętać, że co osiem salw
należy się wychylić zza rogu i strzelić, ale tylko raz, bo więcej nie zdążymy.
Takie uskakiwanie przed fontannami pocisków było już dawno – irytowałem się
przy New Zeland Story na Commodore 64, gdzie ciekawy i zabawny gameplay brał w
łeb, bo nagle musiałem spędzić sam na sam kilka minut z wielorybem strzelającym
do mnie fontannami pocisków. Albo w F1 Tornado. Na końcu każdego etapu był
wielki helikopter/czołg/dwa samoloty, a my w kółko podlatywaliśmy na chwilę do
przodu zrzucić bomby, by za chwilę się cofnąć w uniku i postrzelać trochę na dole. Tak
długo, aż te sto pocisków trafi w bossa. Po co? Bo tak jest w każdej grze.
Czy zdarza mi się nie ukończyć gry z ich powodu? Oczywiście!
Kiedy w Serious Sam na końcu nie mogę zwyczajnie postrzelać do bossa w
piramidzie, tylko muszę go zwabić do pułapki, to trafia mnie szlag i po prostu
odpuszczam. Całą grę sobie strzelałem, a tu muszę nagle bawić się w takie cuda.
Nie chcę. Gra ma mi sprawiać przyjemność, a w tym momencie tylko frustruje,
więc na tym kończę.
Gdzie bossów nie ma? Kiedyś rzadko można było ich spotkać w
platformówkach, w wyścigach w ogóle nie występowali. Teraz bossowie są także w
tych ostatnich (choć przynajmniej nie trzeba ich zabijać) – to po prostu
kierowcy ze szczytu rankingu, którym wyzwanie możemy rzucić dopiero, gdy
wygramy w grze wszystko inne, co było do wygrania.
![]() |
| Cały Quake polegał na strzelaniu do potworów, jednak o ubiciu w ten sposób ostatniego wroga można było zapomnieć. Gra o strzelaniu? To każmy graczowi zwabić bossa do pułapki i usmażyć go prądem. |
Są gry, w których z bossów uczyniono sztukę. Takie Dark
Souls rzuca nam pierwszego bossa już po pięciu minutach gry. Gracze to chwalą.
Proszę mnie źle nie zrozumieć – sam bardzo lubię i podziwiam tę grę, ale nie
zmienia to faktu, że zawarci w niej bossowie to kolejne wielkie bydlaki, które
atakują w określony sposób, a my musimy znaleźć na nich sposób i w długich
pojedynkach ich pokonać. Tylko tyle i aż tyle.
Ja tego po prostu nie lubię.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz