czwartek, 25 czerwca 2015

Nienawidzę bossów



Kiedy czytamy recenzje gier wideo, bardzo często trafić możemy na teksty o „epickich walkach z bossami” tudzież ogromnej różnorodności ich samych. Dla wielu graczy olbrzymie, wymyślne lub makabrycznie obleśne bydlę czyhające na nich na końcu danego etapu lub całej gry to ogromny plus. Nie dla mnie. Ja ich po prostu nienawidzę.

Bossowie w grach wideo są praktycznie od zawsze. Trudno się dziwić, skoro i w innych tekstach kultury występują. Czym innym jest film sensacyjny, w którym komandos przebija się przez rzesze wrogów, by na końcu załatwić ich szefa? Zresztą nie jest to tylko domena sensacji, bowiem samo przebycie przez bohatera od punktu A do punktu B (nawet metaforycznej) drogi, podczas której dokonuje się jego wewnętrzna przemiana, to absolutne minimum każdej fabuły. Nie ważne zresztą, czy na końcu czeka nas bijatyka fizyczna, czy przemiana wewnętrzna - jakiś boss jest zawsze.
W grach wideo pierwszy boss pojawił się w 1975 roku, a więc gdy zostałem graczem, mogłem się z nimi spotkać praktycznie w większości gier na Commodore 16 i Commodore 64. Pamiętam jednak, że ich charakter (jeśli już występowali) był nieco inny, niż tych, którzy pojawili się w grach później.
Dlaczego tak bardzo nie lubię bossów? Proszę sobie wyobrazić jakąkolwiek grę, niech to będzie strzelanina FPP. Mamy do wyboru kilka karabinów i wyrzutni rakiet, za pomocą których przebijamy się przez kolejne poziomy. Kosimy wrogów aż miło. Na koniec zaś przychodzi nam się zmierzyć z samym szefem. I nagle okazuje się, że wielkie bydle, które na nas wybiega, wcale nie reaguje na wystrzeliwane w jego kierunku pociski. Nie – na zabicie bossa musi być inny sposób. Nagle, pod sam koniec gry, która do tej pory była strzelaniną, gracz musi wysilić mózgownicę i odkryć słaby punkt. U jednego będzie to odsłaniające się raz na cztery minuty podbrzusze, w które należy strzelać i tylko wtedy można mu zadać obrażenia. Taką operację trzeba powtórzyć szesnaście razy, a do tej pory unikać wrogiego ostrzału. U innych będzie można w ogóle zapomnieć o strzelaniu, za to należy bydlaka zwabić w jedno określone miejsce, wcześniej przeskakując przez cztery obręcze, by boss został trafiony piorunem. Wszystko to trwa oczywiście pół godziny, a jak ci się nie powiedzie – zaczynaj od nowa.
Nie wiem, skąd przekonanie, że tak musi być. Dla mnie ideałem jest ostatni boss, którego tak samo, jak innych przeciwników, można po prostu zastrzelić. Niech będzie w stanie przyjąć na klatę tonę ołowiu nim padnie, ale niech nie będzie miał żadnych wrażliwych miejsc i temu podobnych bzdur, które zawsze mnie tak frustrowały.

W New Zeland Story spotykaliśmy m.in. wieloryba, który zasypywał nas fontannami pocisków. Przez długi czas należało ich unikać odskakując na boki w tej samej sekwencji. Oczywiście jego samego należało też odstrzelić.

Inna sprawa to fakt, że walki z bossami są zwyczajnie nużące. Należy się nauczyć ich schematów ataków i pamiętać, że co osiem salw należy się wychylić zza rogu i strzelić, ale tylko raz, bo więcej nie zdążymy. Takie uskakiwanie przed fontannami pocisków było już dawno – irytowałem się przy New Zeland Story na Commodore 64, gdzie ciekawy i zabawny gameplay brał w łeb, bo nagle musiałem spędzić sam na sam kilka minut z wielorybem strzelającym do mnie fontannami pocisków. Albo w F1 Tornado. Na końcu każdego etapu był wielki helikopter/czołg/dwa samoloty, a my w kółko podlatywaliśmy na chwilę do przodu zrzucić bomby, by za chwilę się cofnąć  w uniku i postrzelać trochę na dole. Tak długo, aż te sto pocisków trafi w bossa. Po co? Bo tak jest w każdej grze.
Czy zdarza mi się nie ukończyć gry z ich powodu? Oczywiście! Kiedy w Serious Sam na końcu nie mogę zwyczajnie postrzelać do bossa w piramidzie, tylko muszę go zwabić do pułapki, to trafia mnie szlag i po prostu odpuszczam. Całą grę sobie strzelałem, a tu muszę nagle bawić się w takie cuda. Nie chcę. Gra ma mi sprawiać przyjemność, a w tym momencie tylko frustruje, więc na tym kończę.
Gdzie bossów nie ma? Kiedyś rzadko można było ich spotkać w platformówkach, w wyścigach w ogóle nie występowali. Teraz bossowie są także w tych ostatnich (choć przynajmniej nie trzeba ich zabijać) – to po prostu kierowcy ze szczytu rankingu, którym wyzwanie możemy rzucić dopiero, gdy wygramy w grze wszystko inne, co było do wygrania.

Cały Quake polegał na strzelaniu do potworów, jednak o ubiciu w ten sposób ostatniego wroga można było zapomnieć. Gra o strzelaniu? To każmy graczowi zwabić bossa do pułapki i usmażyć go prądem.

Są gry, w których z bossów uczyniono sztukę. Takie Dark Souls rzuca nam pierwszego bossa już po pięciu minutach gry. Gracze to chwalą. Proszę mnie źle nie zrozumieć – sam bardzo lubię i podziwiam tę grę, ale nie zmienia to faktu, że zawarci w niej bossowie to kolejne wielkie bydlaki, które atakują w określony sposób, a my musimy znaleźć na nich sposób i w długich pojedynkach ich pokonać. Tylko tyle i aż tyle.
Ja tego po prostu nie lubię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz